Rozdział III
Jest już następny dzień, a ja dalej się nie odnalazłam w nowej sytuacji... jak to możliwe?To przecież Tom jest moim ojcem, nie Posejdon...
Dziś jeszcze spałam w domku Hermesa, ale jego przewodniczący Luke, powiedział, że muszę się przenieść do domku Posejdona. Tak na marginesie, fajny jest ten Luke... pomógł mi, rozmawialiśmy długo, mam wrażenie, że się znamy od lat, że, gdy byłam mała spotkałam go i to nie raz. Ale to chyba niemożliwe... dość po wczorajszym to wszystkiego się mogę spodziewać. A najdziwniejsze to, że znał wiele szczegółów z mojego życia... prawie wszystkie, ale, gdy go tylko zapytałam skąd o tym wie, od razu mówił coś w stylu ,,tak mi się wydawało,, albo ,,nie wiem sam, zgadywałem'' i od razu zmieniał temat. Trochę to wszystko było dziwne.
Dziś już czwartek, a trafiłam tu we wtorek. Spakowałam swoje rzeczy i poszłam do domku Posejdona. Zapukałam do drzwi i Percy otworzył.
- Hej Piper, wchodź - Powiedział Percy
- Pewnie nie zbyt Ci się podoba, że nagle do domku, gdzie byłeś sam pakuje Ci się Twoja przyszywana siostra... przepraszam, ale to.. to moja wina, ukrywać nie będę - odpowiedziałam
- Nie przeszkadza mi to, ani trochę. Po za tym, nic nie jest Twoją winą!
- Tak tylko mówisz.. jakbym tu nie przybyła, to byś nie miał tylu problemów
- Ty nie jesteś problemem, jesteś moją młodszą siostrą i będę się Tobą opiekował, czy tego chcesz czy nie.
- Zawsze chciałam mieć starszego brata...
- No widzisz, mówisz i masz - Percy się uśmiechnął promiennie i wziął ode mnie plecak. - Chodź, tu jest Twoje łóżko, tu Twoja szafka, lodówka jest tam, a łazienka na prawo
- Dzięki Percy
- A właśnie, tu masz swoją zbroję, przebieraj się w nią i idziemy. Dziś jest bitwa o sztandar.
- To znaczy? - Zapytałam, dość nie próbowałam brzmieć bardzo głupio...
- Zobaczysz, jak dojdziemy na arenę, chodź.
Przebrałam się w zbroję, tak jak Percy i poszliśmy. Jak tak na niego popatrzyłam, to muszę przyznać, że jesteśmy trochę podobni... oboje mamy jasną karnację i ciemne brązowe włosy, oczy w koloru sztormu. Jest rok starszy, ale podobieństwo duże między nami jeśli chodzi o wygląd.
Kiedy doszliśmy na arenę, byli tam już wszyscy obozowicze...
- Piper, podejdź do mnie, moja droga - powiedział Chejron, a ja podeszłam do niego, chodź czułam się niezręcznie, bo każdy na mnie patrzył, a ja naprawdę tego nie lubię. - Piper nie ma jeszcze przydziału... mówił dalej.
- Niech dołączy do nas - powiedział Luke, będzie z nami, bo Percy jest jej bratem.
Może to dziwne, ale, gdy powiedział, że Percy jest moim bratem uśmiechnęłam się.
- Nie, nie.. będziecie mieć za mocną drużynę, poza tym u nas brakuje jednej osoby - wtrącił się Jason
- Piper widzę, że masz powodzenie, ale decyduj się szybko, bo całego dnia tu nie spędzimy księżniczko... - powiedziała to Clarisse... córka Aresa, boga krwistej i zaciętej wojny.
- Dla mnie to naprawdę obojętne i tak nie mam pojęcia o co chodzi - powiedziałam
- Więc zdecyduje ja... - mówił Chejron. - Piper dołączy do drużyny Luka.
- Super... - powiedział pod nosem Jason, a ja w tedy poczułam się dziwnie.
W tedy wszyscy udali się do lasu i stanęli po dwóch stronach, naprzeciwko siebie. stałam koło Luka i Percy'ego. Powiedzieli, żebym nie dała uciąć sobie głowy, i, że Percy będzie mnie osłaniał... Od Chejrona dostałam miecz i niby miałam umieć się nim posługiwać... ledwo go podnosiłam, był taki ciężki.. a co dopiero bronić się nim.
Wszyscy zaczęli na siebie biec.
- Piper, spokojnie! - Krzyknął Luke, a ja się nawet nie odezwałam, byłam za bardzo przerażona i zestresowana.
Ja, Percy i Luke przebiegliśmy przez tłum i wszystko wydawało się okej. Aż tu nagle, jakby z nieba spadło 4 obozowiczów z przeciwnej drużyny
- Dzieci od Aresa - Prychnął Luke... - Piper na trzy biegnij przed siebie po sztandar, dasz radę!
- Okej, postaram się
- Raz, dwa, trzy! - Krzyknął Luke i razem z Percym zerwali się do walki z dzieciakami Aresa, a ja ich ominęłam ( zaliczyłam glebę ) i biegłam przed siebie, jak Luke kazał.
Zmęczona zatrzymała się przy jeziorku, kucnęłam i oczyściłam twarz wodą. Ona jakoś zawsze dodawała mi siły. Może to dlatego, że jestem córką Posejdona. Po krótkiej chwili zobaczyłam... SZTANDAR... Ja... Piper... Ale to nie mogło być takie proste, dość, może los się do mnie przynajmniej dziś uśmiechnął. Podeszłam, aby zabrać sztandar, a tu nagle pojawił się Jason.
- Cześć Piper, wybacz, ale nie możesz zabrać Sztandaru
- Witam Jason... jak zwykle zbyt pewny siebie - A on uśmiechnął się tak, że jak zwykle mnie rozproszył, ale próbowała się skupić na wygranej. - Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie.
W tedy z jednej strony pojawił się Chejron z Lukiem, Percym i Groverem... Grover jest, albo to później wam opowiem. A wracając... oni z jednej strony, za mną drużyna Jasona, a jeszcze z innej strony zaczęli się schodzić obozowicze z mojej drużyny. I znowu byłam w centrum zainteresowania, bo coś mi się wydawało, że zaraz zacznę walkę z Jasonem.
Chciałam zrobić krok do przodu, ale od razu, gdy się poruszyłam Jason przystawił mi miecz do piersi. W tym momencie nie wiem jak to zrobiłam, ale odbiłam jego miecz i zaczęliśmy walczyć. Broniłam się, ale też atakowałam go. W pewnym momencie, nie przewidziałam tego co zrobi... w końcu on jest na obozie od dwóch lat, ja od dwóch dni... Odbił miecz od mojego i otarł mnie o ramię, przedarł koszulkę i muszę powiedzieć, że bardzo bolało.. przeciął mi ramię. Złapałam się w tedy za nie i powiedziałam pod nosem au..
- Wybacz, nie chciałem Ci zrobić krzywdy
Ale powiedział to tak pewnym głosem, że chętnie to bym mu troszkę obiła jego twarz...
Odbiłam jego miecz z całej siły i w tedy się zaczęło... przedarł mi kolano, a potem rękę, tylko w innym miejscu. Następnie raz jeszcze kolano, a w tedy upadłam na ziemie... Jego drużyna zaczęła wiwatować. Podczas walki widziałam, jak Percy czy Luke kilka razy chcieli wejść i mi pomóc, ale Chejron się nie zgodził. W tedy mi się coś przypomniało... woda... ona daje mi siłę. Popatrzyłam się obok na jeziorko i przyczołgałam do niego... następnie dotknęłam wody ręką i w tedy jakby zaczęła iść po całym moim ciele. Goiła mi rany i dała siłę. Wstałam, obejrzałam się najpierw na Percy'ego a on się uśmiechnął. Potem zaczęłam iść po sztandar. Wielu mnie atakowało, a ja za każdym razem zdołałam ich pokonać, aż Jason zaatakował, ale ja byłam pierwsza. Obróciłam się i przyłożyłam mu miecz do gardła. Odbił go, ale złapałam jego rękę i przełożyłam mu jego własny miecz przez ramię... stałam tak blisko niego, że aż... za blisko. Oddałam mu miecz, a on już nie atakował. Podeszłam do sztandaru i podniosłam go do góry. Cała nasz drużyna zaczęła klaskać i wiwatować. Szczerze... byłam z siebie dumna, wiem, to trochę egoistyczne, ale bardzo się cieszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz