sobota, 31 maja 2014

                                           Rozdział IV

Po wygranej walce z Jasonem, udałam się do mojego domku. Przebrałam się, uczesałam, umyłam i poszłam na obiad. Wracając jeszcze do jednego... Grover jest przyjacielem Percy'ego, jest też Satyrem i chłopakiem Kaliny - driady.
- Percy... mam pytanie
- Tak? - Zapytał
- Muszę się skontaktować z tatą... z Tomem, ale Luke coś wspominał, że nie możemy używać telefonów...
- Tak, one przyciągają potwory. Dam Ci monetę, wrzuć ją do jeziorka i o rozmowę ze swoim... to znaczy z Tomem... - mówił Percy
- Okej. - Dał mi monetę, a ja poszłam nad jeziorko i zrobiłam to o czym mówił. Po chwili ukazał się obraz Toma, który je właśnie lunch.
- Ee... tato?
- O! Piper, nareszcie Cię widzę - odpowiedział jakby chciał powiedzieć : Znowu ty...
- Musimy pogadać i to na poważnie - powiedziałam
- No okej, mów...
- Nie jesteś moim biologicznym ojcem prawda? - Zapytałam
- Nie, nie jestem - odpowiedział szybko i krótko, tak jakbym zapytała go czy chce frytki, a on odpowiedziałby, że nie.
- Dlaczego mi wcześniej o tym nie powiedziałeś?
- Dlaczego mnie wcześniej o to nie zapytałaś Piper? Po za tym Twój Ojciec zabronił mi cokolwiek mówić...
- Czyli kim dla mnie jesteś?
- W sumie... to nikim z rodziny, Twój Ojciec przyniósł Cię do mnie jak miałaś 3 miesiące, zapłacił tyle, że mogę mieć w nosie pracę i tyle go widzieli...
- W takim bądź razie... kim jest moja mama?
- Nie wiem... on mi nic nie powiedział. Wybacz, ale widzisz, że jem lunch, muszę kończyć.
- Ale poczekaj chwilę! - Powiedziałam, ale on już machnął ręką i obraz znikł.
Nie mam pojęcia co dalej... Nie wiem kim jest moja mama, dlaczego to ona się mną nie zajęła... dlaczego Posejdon oddał mnie całkiem obcemu mężczyźnie. Nic nie wiem...
Po kilku minutach ochłonęłam trochę i poszłam na obiad.
- Percy, muszę porozmawiać z Posejdonem
- Piper, jestem na obozie od 2 lat i nigdy go nie spotkałem...
- Naprawdę? To może czas to zmienić? Chcę, abyś udał się ze mną na Olimp
- Piper, nie jest gotowa, aby wyjść z obozu. To, że udało Ci się pokonać Jasona, nie oznacza, że dasz radę w świecie śmiertelników. Na każdym kroku będą czekały na Ciebie kłopoty...
- Hmm.. naprawdę? Nie wiedziałam. A po za tym, rozmawiałam z Annabeth. W tym samy dniu co trafiłeś do obozu, chciałeś SAM wyruszyć do podziemia, aby ratować swoją mamę. Dziwny zbieg okoliczności, bo też byłeś po jednej wygranej walce, nie byłeś na nic przygotowany, a mimo wszystko wyruszyłeś w tak niebezpieczne miejsce.
- Okej, ale ja musiałem ratować mamę
- Właśnie... a ja chcę wreszcie ją poznać. Dowiedzieć się prawdy. A prawdę zna tylko Posejdon
- Piper... nie jesteś gotowa!
- Ty też nie byłeś gotowy i w dodatku byłeś rok młodszy ode mnie - odpowiedziałam stanowczo
- Poczekaj jeszcze trochę... Obiecuje, że za jakiś czas, dowiemy się prawdy.
- Nie to nie, dzięki za pomóc braciszku... - skończyłam obiad i poszłam do domku...
Wiedziałam, że Percy ma teraz lekcje latania na pegazie, więc zaczęłam się pakować. Napisałam mu tylko karteczkę : Wrócę. Wzięłam plecak, trochę jedzenia i poszłam. Po około godzinie, kiedy byłam kilka kilometrów za obozem pojawił się obraz z Percym
- Piper, gdzie ty do diabła jesteś? - Zapytał Percy
- Nie chciałeś mi pomóc, to nie. Sama sobie poradzę, jak przez te wszystkie lata...
- Powiedz gdzie jesteś!
- Haha, po co? Abyś po mnie przyleciał i żebyśmy wrócili do obozu? Nie dziękuję. Do póki nie poznam prawdy o mojej Mamie, nie wracam! - odpowiedziałam
- Piper, nie zachowuj się jak dziecko... - tym razem był to Jason, a to co powiedział, tak mnie rozzłościło, że nie wiem...
- Mógłbyś się nie wtrącać Jason?! - Powiedziałam
- Mógłbym, ale to co robisz jest... - zaczął mówić
- Nierozsądne, dziecinne? Wiem. Ale muszę poznać prawdę - mówiłam, a w tym momencie za krzaków wyskoczył kotek... taki mały słodki kotek.
- Piper! To jest potwór! Nie głaskaj go, wyciąg sztylet, który dał Ci wczoraj Jason! - Krzyczał Percy
- Słyszałeś kotku... jesteś potworem - mówiłam i zaczęłam się śmiać. Kot do mnie podszedł i chciał tylko, żebym go głaskała
- Piper! - Powiedział stanowczym głosem Jason, a ja tylko popatrzyłam na niego, przewróciłam oczami i machnęłam ręką, a obraz znikł.
Po jakiś 3 minutach zobaczyłam Percy'ego i Jasona którzy lecieli na pegazach 
- Piper uważaj! - Krzyknął Jason. Zszedł z pegaza, i odsunął mnie od kota, którego przebił go sztyletem.
- Czy ty oszalałeś do końca?! - zaczęłam na niego krzyczeć
- Piper, uspokój się, to nie był dobry kotek z bajek, tu takich nie ma - odpowiedział
Popatrzyłam na Percy'ego i łza zakręciła mi się w oku.
- On to musiał zrobić. Kot by się lada chwila zamienił w coś strasznego i Cię zabił - powiedział Percy
Rzuciłam ostre spojrzenie Jasonowi, popchnęłam go i zaczęłam iść przed siebie.
- Poczekaj, nie możesz iść sama... PIPER! - Krzyknął Percy
- Niech idzie, jeśli jest taka dorosła i nie potrzebuje pomocy - Prychnął Jason
A ja się tylko odwróciła i powiedziała :
- Na pewno nie Twojej...
- Dobrze wiesz, że sama nie dasz rady! - Powiedział Jason
- Nie? To patrz! - powiedziałam, po czym się obróciłam i zaczęłam iść szybszym krokiem przed siebie.
Po około 3 godzinach trochę się zmęczyłam, więc zatrzymałam się na ławce...wyszłam już z lasu, więc czułam się bezpieczniej. Wszystko było okej, do póki nie podszedł do mnie jakiś starszy pan.
- Piper, tak? - Zapytał głosem, który słyszałam w moich koszmarach nie raz
Wstałam nerwowo z ławki, wyciągnęłam sztylet i zapytałam, czego chce...
- Spokojnie drogie dziecko... - powiedział po czym szyderczo się uśmiechnął i zamienił w całkiem inną postać... wysoki mężczyzna w czarnym przebraniu. wyciągnął z kieszeni jakiś przedmiot i próbował mnie nic rzucić, ale udało mi się nie oberwać.
- poddaj się dziecko, nie masz ze mną szans! - Powiedział i uśmiechnął się fałszywie
- poddać się? Nie znam takiego słowa! - odpowiedziałam, po czym rozłożył ręce, a z nich zaczęły wychodzić rośliny, które po kilkunastu sekundach owinęły mnie i zaczęły dusić. Zaczęłam krzyczeć i próbowałam się uwolnić, ale było to na nic.
- Znikaj! - Krzyknął jakiś głos za mną, a w tedy rośliny się zwinęły, a mężczyzna jakby się rozpłynął.
Spadłam na ziemie i zaczęłam głęboko oddychać, bo mało co się nie udusiłam.
- Wszystko gra? - zapytał chłopak... miał czarne włosy, które rozwiewał wiatr i ciemne oczy. Miał kurtkę pilotkę, która miała pewnie z 15 lat i ciemne spodnie - Nico jestem. - Podał mi rękę, żeby pomóc mi wstać
- Jestem Piper
- Heros, prawda? - zapytał
- Może...
- Ja też. Jestem synem Hadesa.
- Czyli widzę, że kolejne dziecko wielkiej trójcy... nie widziałam Cię na obozie.
- Nie pasuje tam. Byłem tam rok temu z moją siostrą Biancą.. Ale on zginęła
- Strasznie mi przykro. Ale... jeśli jesteś synem Hadesa, nie możesz jej wciągnąć z podziemia?
- Próbowałem, wiele razy. Ale przez to, wyciągnąłem moją drugą siostrę Hazel.
- Jej też nie widziałam na obozie.
- Jest teraz na misji z Frankiem i Leo... szukają jakiegoś pierścienia czy coś
- Rozumiem... a jeśli Twoja siostra Hazel wraz z tymi chłopakami wróci do obozu, to ty też?
- Nie... raczej nie. Wpadam tam czasami, ale nie mógłbym tam zostać, źle się tam czuję.
- Szkoda... dziękuję Ci za pomoc, uratowałeś mi życie. Mój brat Percy, będzie Ci wdzięczny
- Czekaj... Percy jest Twoim bratem?! Czyli kolejne dziecko z wielkiej Trójcy.
- Tak  uśmiechnęłam się, po czym on odwrócił wzrok
- Jesteś młodsza od Percy'ego?
- Tak, o rok. A ty który rocznik?
- Ja ten co Twój brat. Czemu nie jesteś w obozie? Jesteś nowa prawda? Ostatnio jak byłem na obozie, to Cię nie widziałem
- Tak, jestem od 3 dni na obozie. A teraz idę na Olimp.
- Po co? - Zapytał zdziwony
Opowiedziałam mu krótko swoją historię, a on powiedział:
- Może.. poszedłbym z Tobą? Potrzebujesz pomocy...
- Nie chcę Ci robić kłopotu
- Spokojnie i tak nie mam co robić... wojna dopiero za 2 lata
- WOJNA..? -  zapytał
- Opowiem Ci po drodze, chodź - Uśmiechnął się, po czym poszliśmy w drogę.

piątek, 30 maja 2014

                                    Rozdział III

Jest już następny dzień, a ja dalej się nie odnalazłam w nowej sytuacji... jak to możliwe?
To przecież Tom jest moim ojcem, nie Posejdon...
Dziś jeszcze spałam w domku Hermesa, ale jego przewodniczący Luke, powiedział, że muszę się przenieść do domku Posejdona. Tak na marginesie, fajny jest ten Luke... pomógł mi, rozmawialiśmy długo, mam wrażenie, że się znamy od lat, że, gdy byłam mała spotkałam go i to nie raz. Ale to chyba niemożliwe... dość po wczorajszym to wszystkiego się mogę spodziewać. A najdziwniejsze to, że znał wiele szczegółów z mojego życia... prawie wszystkie, ale, gdy go tylko zapytałam skąd o tym wie, od razu mówił coś w stylu ,,tak mi się wydawało,, albo ,,nie wiem sam, zgadywałem'' i od razu zmieniał temat. Trochę to wszystko było dziwne.
Dziś już czwartek, a trafiłam tu we wtorek. Spakowałam swoje rzeczy i poszłam do domku Posejdona. Zapukałam do drzwi i Percy otworzył.
- Hej Piper, wchodź - Powiedział Percy
- Pewnie nie zbyt Ci się podoba, że nagle do domku, gdzie byłeś sam pakuje Ci się Twoja przyszywana siostra... przepraszam, ale to.. to moja wina, ukrywać nie będę - odpowiedziałam
- Nie przeszkadza mi to, ani trochę. Po za tym, nic nie jest Twoją winą!
- Tak tylko mówisz.. jakbym tu nie przybyła, to byś nie miał tylu problemów
- Ty nie jesteś problemem, jesteś moją młodszą siostrą i będę się Tobą opiekował, czy tego chcesz czy nie.
- Zawsze chciałam mieć starszego brata...
- No widzisz, mówisz i masz - Percy się uśmiechnął promiennie i wziął ode mnie plecak. - Chodź, tu jest Twoje łóżko, tu Twoja szafka, lodówka jest tam, a łazienka na prawo
- Dzięki Percy
- A właśnie, tu masz swoją zbroję, przebieraj się w nią i idziemy. Dziś jest bitwa o sztandar.
- To znaczy? - Zapytałam, dość nie próbowałam brzmieć bardzo głupio...
- Zobaczysz, jak dojdziemy na arenę, chodź.
Przebrałam się w zbroję, tak jak Percy i poszliśmy. Jak tak na niego popatrzyłam, to muszę przyznać, że jesteśmy trochę podobni... oboje mamy jasną karnację i ciemne brązowe włosy, oczy w koloru sztormu. Jest rok starszy, ale podobieństwo duże między nami jeśli chodzi o wygląd.
Kiedy doszliśmy na arenę, byli tam już wszyscy obozowicze...
- Piper, podejdź do mnie, moja droga - powiedział Chejron, a ja podeszłam do niego, chodź czułam się niezręcznie, bo każdy na mnie patrzył, a ja naprawdę tego nie lubię. - Piper nie ma jeszcze przydziału... mówił dalej.
- Niech dołączy do nas - powiedział Luke, będzie z nami, bo Percy jest jej bratem.
Może to dziwne, ale, gdy powiedział, że Percy jest moim bratem uśmiechnęłam się.
- Nie, nie.. będziecie mieć za mocną drużynę, poza tym u nas brakuje jednej osoby - wtrącił się Jason
- Piper widzę, że masz powodzenie, ale decyduj się szybko, bo całego dnia tu nie spędzimy księżniczko... - powiedziała to Clarisse... córka Aresa, boga krwistej i zaciętej wojny.
- Dla mnie to naprawdę obojętne i tak nie mam pojęcia o co chodzi - powiedziałam
- Więc zdecyduje ja... - mówił Chejron. - Piper dołączy do drużyny Luka.
- Super... - powiedział pod nosem Jason, a ja w tedy poczułam się dziwnie.
W tedy wszyscy udali się do lasu i stanęli po dwóch stronach, naprzeciwko siebie. stałam koło Luka i Percy'ego. Powiedzieli, żebym nie dała uciąć sobie głowy, i, że Percy będzie mnie osłaniał... Od Chejrona dostałam miecz i niby miałam umieć się nim posługiwać... ledwo go podnosiłam, był taki ciężki.. a co dopiero bronić się nim.
Wszyscy zaczęli na siebie biec.
- Piper, spokojnie! - Krzyknął Luke, a ja się nawet nie odezwałam, byłam za bardzo przerażona i zestresowana.
Ja, Percy i Luke przebiegliśmy przez tłum i wszystko wydawało się okej. Aż tu nagle, jakby z nieba spadło 4 obozowiczów z przeciwnej drużyny
- Dzieci od Aresa - Prychnął Luke... - Piper na trzy biegnij przed siebie po sztandar, dasz radę!
- Okej, postaram się
- Raz, dwa, trzy! - Krzyknął Luke i razem z Percym zerwali się do walki z dzieciakami Aresa, a ja ich ominęłam ( zaliczyłam glebę ) i biegłam przed siebie, jak Luke kazał.
Zmęczona zatrzymała się przy jeziorku, kucnęłam i oczyściłam twarz wodą. Ona jakoś zawsze dodawała mi siły. Może to dlatego, że jestem córką Posejdona. Po krótkiej chwili zobaczyłam... SZTANDAR... Ja... Piper... Ale to nie mogło być takie proste, dość, może los się do mnie przynajmniej dziś uśmiechnął. Podeszłam, aby zabrać sztandar, a tu nagle pojawił się Jason.
- Cześć Piper, wybacz, ale nie możesz zabrać Sztandaru
- Witam Jason... jak zwykle zbyt pewny siebie - A on uśmiechnął się tak, że jak zwykle mnie rozproszył, ale próbowała się skupić na wygranej. - Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie.
W tedy z jednej strony pojawił się Chejron z Lukiem, Percym i Groverem... Grover jest, albo to później wam opowiem. A wracając... oni z jednej strony, za mną drużyna Jasona, a jeszcze z innej strony zaczęli się schodzić obozowicze z mojej drużyny. I znowu byłam w centrum zainteresowania, bo coś mi się wydawało, że zaraz zacznę walkę z Jasonem.
Chciałam zrobić krok do przodu, ale od razu, gdy się poruszyłam Jason przystawił mi miecz do piersi. W tym momencie nie wiem jak to zrobiłam, ale odbiłam jego miecz i zaczęliśmy walczyć. Broniłam się, ale też atakowałam go. W pewnym momencie, nie przewidziałam tego co zrobi... w końcu on jest na obozie od dwóch lat, ja od dwóch dni... Odbił miecz od mojego i otarł mnie o ramię, przedarł koszulkę i muszę powiedzieć, że bardzo bolało.. przeciął mi ramię. Złapałam się w tedy za nie i powiedziałam pod nosem au..
- Wybacz, nie chciałem Ci zrobić krzywdy
Ale powiedział to tak pewnym głosem, że chętnie to bym mu troszkę obiła jego twarz...
Odbiłam jego miecz z całej siły i w tedy się zaczęło... przedarł mi kolano, a potem rękę, tylko w innym miejscu. Następnie raz jeszcze kolano, a w tedy upadłam na ziemie... Jego drużyna zaczęła wiwatować. Podczas walki widziałam, jak Percy czy Luke kilka razy chcieli wejść i mi pomóc, ale Chejron się nie zgodził. W tedy mi się coś przypomniało... woda... ona daje mi siłę. Popatrzyłam się obok na jeziorko i przyczołgałam do niego... następnie dotknęłam wody ręką i w tedy jakby zaczęła iść po całym moim ciele. Goiła mi rany i dała siłę. Wstałam, obejrzałam się najpierw na Percy'ego a on się uśmiechnął. Potem zaczęłam iść po sztandar. Wielu mnie atakowało, a ja za każdym razem zdołałam ich pokonać, aż Jason zaatakował, ale ja byłam pierwsza. Obróciłam się i przyłożyłam mu miecz do gardła. Odbił go, ale złapałam jego rękę i przełożyłam mu jego własny miecz przez ramię... stałam tak blisko niego, że aż... za blisko. Oddałam mu miecz, a on już nie atakował. Podeszłam do sztandaru i podniosłam go do góry. Cała nasz drużyna zaczęła klaskać i wiwatować. Szczerze... byłam z siebie dumna, wiem, to trochę egoistyczne, ale bardzo się cieszę.

                                 Rozdział  II

Obóz jest naprawdę wspaniały. Gdy przeszłam przez bramę na której widniał napis :
Camp Half Blood byłam podekscytowana, zdziwiona i oszołomiona. Wszystko wydawało się tak magiczne, nadzwyczajne... z każdej strony ktoś walczył, ćwiczył , ostrzył miecze i wiele innych rzeczy. Widziałam kilku satyrów... to ,,ludzie,, od pasa w dół kozy. Ciekawe połączenie prawda? Są też cyklopi i jeden centaur - Pan Chejron, który jest naszym nauczycielem. Od pasa w dół jest on koniem. Natomiast, gdy wychodzi poza obóz staje się człowiekiem i siada na wózek inwalidzki.
Na razie wylądowałam w domku Hermesa. Jest tu około 25 obozowiczów. Tak na prawdę, liczę na to, że będę córką Ateny. W ewentualności Hekate bogini magii.
Warto też wspomnieć, że na obozie jest 12 domków... jeden domek dla jednej bogini lub boga z 12 największych... a raczej dla ich dzieci.
Poznałam dziś Percy'ego... jest on synem Posejdona. Całkiem fajny, pomógł mi i oprowadził po obozie. Zapoznał mnie też z Annabeth... na początku myślałam, że to jego dziewczyna, ale jednak się pomyliłam. A skąd mam pewność? Było tak...
- Fajna z was para - powiedziałam promiennie
- Przyjaciół... - odpowiedziała Ann.
- A, przepraszam, wybaczcie mi.
- W porządku, nie przejmuj się...
Ale po jej głosie wywnioskowałam, że chciała powiedzieć : Spoko, to nie Twoja wina, ten tu: Percy on nie umie się na nic zdecydować... dlatego wciąż tkwimy w przyjaźni.
 Ale pewnie mi się wydawało.
Kiedy przechodziłam koło Wielkiego Domu, zauważyłam... Jasona. Dziś na niego wpadam po raz setny.
- Hej Pipes
-Jason... mógłbyś po imieniu? PIPER?
- Okej, okej, wyluzuj - rzucił ten swój uśmiech i zaczął iść koło mnie. - Jak na obozie? Jak się czujesz?
- W porządku, tu jest naprawdę wspaniale. I tak w ogóle to dziękuje Ci za wszystko - Popatrzyłam na niego i nasze spojrzenia się spotkały. Miał takie piękne niebieskie oczy, które tak szczerze i ciepło na Ciebie patrzyły... Ale po chwili odwróciłam wzrok, a on jeszcze chwile na mnie patrzył, po czym się odezwał:
- Nie ma za co, zawsze staram się pomagać innym półbogom i ogólnie ludziom
- Nie przepadam za ludźmi - powiedziałam
- Wszystkimi? - Zapytał ze zdziwieniem
- Nie! Oczywiście, że nie... znajomi, przyjaciele... ( powiedziałam to, chodź tak na prawdę nigdy wcześniej nie miałam prawdziwego przyjaciela )
- No tak, ale dlaczego?
- Ludzie są bardzo egoistyczni, samolubni, robią wszystko pod własną wygodę i nie patrzą jak przez to, mogą zranić innych.
- Wiesz kogo jesteś córką? - Zapytał, jakby całkiem odwlekł temat
- Nie, ale liczę, że Ateny. Na prawdę ją podziwiam.
- To bardzo prawdopodobne, jesteś naprawdę bardzo inteligentna. Albo też i...
- Kogo? - Zapytałam
-A nie, nie ważne...
Poszliśmy dalej i wtedy weszliśmy na miejsce, gdzie są podawane posiłki.
Jason mi tylko powiedział, że muszę usiąść na razie przy stoliku z domku Hermesa, uśmiechnął się i poszedł usiąść sam przy stoliku dla dzieci, a raczej dziecka Zeusa.
Wydaje mi się, że Chejron zauważył, że zaczęłam znajomość z Jasonem, ponieważ podszedł, a raczej... podbiegł? Do mnie i powiedział, że mogę usiąść przy stoliku z Jasonem, jeśli chcę. Popatrzyłam na syna Zeusa, a on machnął ręką, żebym przyszła. Czułam się trochę nieśmiało, ale usiadłam naprzeciwko niego. Wszyscy zaczęli jeść posiłki oprócz mnie... była lazania. Pewnie pyszna, ale jestem wegetarianką.
- Pipes..r, Piper, dlaczego nie jesz? Zapytał Jason
- Jestem wegetarianką... - odpowiedziałam i popatrzyłam na niego spode łba
Jason wstał i poszedł do Wielkiego stolika, wziął naleśniki i mi przyniósł
- Coś chyba musisz zjeść - powiedział
- Dziękuje... bardzo. - odpowiedziałam i zaczęłam jeść
Wszyscy zaczęli rozmawiać, aż przybiegł jeden ze Satyrów i dał Chejronowi jakąś kopertę, która była tak złota, że aż paliła w oczy.
- Cisza! Ważna wiadomość przyszła, posłuchajcie wszyscy - powiedział Chejron. - Serdecznie informujemy, że Piper McLean jest córką Szanownego Pana Posejdona, boga mórz. Z poważaniem poczta Hermesa.
Myślałam, że się przesłyszałam... od razu popatrzyłam na Percy'ego, a nasze spojrzenia się spotkały.
Chejron schował kartkę z informacją do koperty i popatrzył i na mnie i na Percy'ego.
- Widać, że jesteście rodzeństwem. Kolejne dziecko wielkiej trójki.
Wstałam i powiedziałam:
- to musi być jakaś pomyłka... moim Ojcem nie może być Posejdon, ponieważ jestem córką Toma, on jest moim tatą, od zawsze mieszkamy w Bronx.
- Piper... poczta Hermesa NIGDY się nie myli, szczególnie w tak ważnych sprawach. - powiedziała Annabeth
- Ale to jest niemożliwe - odpowiedziałam bardziej zdenerwowana
- Piper, wychodzi na to, że Tom, nie jest Twoim ojcem biologicznym- odpowiedział Chejron
Wybiegłam stamtąd i zatrzymałam się przed domkiem Apollina, nikt za mną nie wybiegł i to dobrze, chciałam pobyć sama.






czwartek, 29 maja 2014

                                ROZDZIAŁ  I

Trudno jest żyć w świecie śmiertelników, kiedy jest się półbogiem... idąc ulicą zawsze oglądam się za siebie czy ktoś, a raczej coś mnie nie śledzi, nie chce mnie zabić lub wchłonąć mojej duszy... osobiście przyznam, że nie byłoby to zbyt przyjemne uczucie. Dla takich osób jak ja, zwykłe miasto takie jak Nowy Jork czy Bronx nie jest najbezpieczniejszym miejscem. Jestem półbogiem, tak jakby mieszaniną boga i zwykłego śmiertelnika, więc jedynym bezpiecznym dla mnie miejscem jest obóz herosów, do którego wczoraj trafiłam. Prowadziłam normalne życie, aż tu nagle... albo to za chwilę Wam opowiem. Wiem tylko, że moim ojcem jest śmiertelnik Tom, a matką jeszcze nie wiadomo. Trafił do obozu jak już wspomniałam wczoraj i nie mam jeszcze przydziału, jak na razie wylądowałam w domku Hermesa. Jest tu pełno jego dzieci oraz dzieci innych bogów które nie wiedzą kim są ich boscy rodzice. Zanim zacznę opowiadać, jak tu jest wspaniale, zacznę od początku, jak tu trafiłam i jak po drodze do obozu zginęłabym tak z kilkanaście razy...
A no i jeszcze jedno... mam na imię Piper

Wczoraj - 28.05.2014rok
Wracałam jak co dzień ze szkoły ( prywatnej do której na prawdę nie cierpię chodzić ).
Wszystko było okej, do póki nie wróciłam do domu. Na początku muszę przyznać, że nie dogaduję się z tatą i macochą... nie dogaduję z macochą to chyba jednak za łagodne określenie. Ona jakby mogła zrzuciłaby mnie z wieżowca, żeby mieć pewność, że nie przeżyję, a ja jakby mogła, obcięłabym te jej sztuczne włosy i rzęsy, które są dla niej dosłownie ,,wszystkim.. bo tak na marginesie, bogowie nie obdarzyli ją inteligencją ( urodą zresztą też nie ). A wracając... wróciłam do domu i jak zwykle pretensje i takie tam. Ale to normalne... jednak jak za oknem w moim pokoju pojawiły się 3 ERYNIE... mitologiczne bogini sprawiedliwości to TROSZECZKĘ się wystraszyłam.
Akurat w tedy do pokoju wszedł mój tato i powiedział coś w stylu już czas, złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć do wyjścia. Dał mi jeszcze jakiś plecak i wypchał za drzwi. Tak po prostu.. żadnego słowa wyjaśnienia, ani pożegnania. Na podwórku stał... Pegaz. Tak... pegaz... a na nim siedział jakiś chłopak z blond włosami, niebieskimi oczami, ubrany w strój wojenny.
- Szybko, pospiesz się! Nie mamy czasu /miał fajny głos
- Ale o co tu chodzi?
- Wskakuj, opowiem Ci po drodze - odpowiedział w pośpiechu, a ja złapałam go za rękę i wsiadłam na Pegaza, który szybko uniósł się do góry i odleciał.
z góry zobaczyłam tylko mojego tatę, który stał w oknie i patrzył jak odlatujemy
Po około 15 minutach chłopak się odezwał:
- Pewnie chcesz wiedzieć, co się dzieje?
- Byłoby miło... - nie chciała brzmieć bardzo chamsko, ale byłam dość podirytowana całą tą sytuacją.
- Mam na imię Jason. Jestem synem Zeusa... tak, dobrze usłyszałaś, boga wszystkich bogów. Ty i ja, oraz wiele innych osób jesteśmy półbogami. Teraz Cię zabieram do Obozu Herosów, gdzie będziesz bezpieczna. Będziesz tam przygotowywana każdego dnia, jak nie dać się zabić po wyjściu z obozu. Wszystko brzmi niewiarygodnie, ale mitologia istnieje... bogowie, herosi, potwory, tytani...
- Wiem, domyślałam się - odpowiedziałam spokojnym głosem
- Na prawdę? No cóż, nie ważne. Na obozie dowiesz się wszystkiego.
Po tych słowach pegaz zaczął lądować. Domyślałam się, że Erynie nas nie zauważyły, ponieważ nic nas nie goniło. Gdy pegaz wylądował, Jason zsiadł z niego i podał mi rękę, aby mi pomóc zejść, po czym zapytał:
- Masz lęk wysokości?
-Nie, dlaczego pytasz?
- Bo bardzo mocno się trzymałaś, myślałem, że mnie udusisz, ale widać tak działam na dziewczyny - po czym uśmiechnął się tak, że w pierwszej chwili pomyślałam, że ma słodki uśmiech, ale po chwili się ogarnęłam i powiedziałam:
- Nie pochlebiaj sobie, też być się trzymał mocno, jakbyś leciał pierwszy raz na pegazie i to w dodatku 60 metrów nad ziemią
- Niech Ci będzie - odpowiedział i zaśmiał się pod nosem. Pomóż Ci z tym plecakiem?
- Nie, dzięki. Poradzę sobie.
Uśmiechnął się i przeszliśmy przez bramę obozu.